czwartek, 3 maja 2012

Rozdział 8

- No i tak spotkałam Louisa. Teraz Pani już wszystko wie o mnie i pewnie będzie Pani chciała, bym opuściła ten dom. Nie ma sprawy. Rano o 8 mnie już tu nie będzie. - wstałam z krzesła i pokierowałam się ku schodom na piętro.
- Zaczekaj! Kto powiedział, że masz się stad wynosić? Dziecko! Po tym wszystkim zasługujesz na lepsze traktowanie. Źle Cię oceniłam. Niepowinnam. - podeszła do mnie i przytuliła. Nie myślałam, że to zrobi. - Przepraszam. Zostańcie z nami.
Spojrzałam na nią. Na prawdę żałowała tych słów wypowiedzianych godzinę temu pod moim adresem.
- Jeśli na prawdę tego Pani chce..
- Chcę i proszę. Mów mi Jay.
- Dobrze. - uśmiechnęłam się trochę sztucznie do niej, bo to była dziwna sytuacja. Poszliśmy z Louisem na górę. Od razu pokierowałam się do pokoju gościnnego, w którym spał już Jason. Przebrałam się tylko i położyłam koło niego. Momentalnie zasnęłam.
- Mamo, mamo! Wstawaj! - Jason skakał po łóżku z radości - Mamo! Chodź zobacz! - zaczął ciągnąć mnie za rękę. Nie chciało mi się wstawać, ale czego nie robi się dla ukochanego dziecka. Wygrzebałam się z pod ciepłej kołdry. Przeszedł mnie lekki dreszcz. Od razu otworzyłam oczy. Mały pociągnął mnie do ogromnego okna.
- Zobacz! Śnieg pada! I to jak dużo! - radość tego dzieciaka jest wprost nie do opisania. Rzeczywiście. Za oknem padał gęsto śnieg. Nie było wiatru, więc ten puszek powoli opadał sobie na ziemię. Mieliśmy piękny widok z okna na ogród. Ten sam, w którym będąc małą dziewczynką bawiłam się z Louisem. Gdy tak staliśmy przy oknie, Louis wślizgnął się po cichu i podszedł do nas. Położył swoje dłonie na moich biodrach i dał delikatnego całusa w obojczyk.
- Mmm... A to za co? - obróciłam się do niego.
- Za to, że nie wyjechałaś i że spędzisz ze mną ten szczególny dzień. 
- Wszystkiego najlepszego, Lou. - przytuliłam go. Jego dłoń zsunęła się na poziom moich pośladków. Szczerze, nie przeszkadzało mi to. Wiedziałam, że od jakiegoś czasu nie ma dziewczyny, więc jeśli zrobił to świadomie czy też nie, mnie to nie ruszało.
- To Ty masz dzisiaj urodziny? - Jason złapał się jego nogi i pociągnął za nogawkę od spodni.
- Tak - zaśmiał się.
- Ale fajnie! To pewnie dostajesz więcej prezentów od Mikołaja? - teraz to oboje wybuchliśmy śmiechem.
- Nie, kiedyś tak było. Teraz to dostaję nawet mniej.
- To tak jak mama. Też nie dostaje prezentów na urodziny..
- Bo ich nie potrzebuję. Mnie wystarczy tort czekoladowy i już jestem szczęśliwa. Z resztą Ty jesteś moim największym prezentem. - dałam małemu buziaka w policzek, na co On założył mi ręce na szyję i przytulił.
- Dobra, szkrabie. Idziemy myć ząbki.. - złapałam małego za ramiona i pokierowałam do łazienki.
- A potem zapraszam na śniadanie do kuchni. - powiedział Lou i zniknął za drzwiami. Szybko uporaliśmy się z poranną toaletą i zeszliśmy na dół. Tam czekał na nas tłum ludzi. Przy ogromnym stole siedział Louis, a wokół niego cztery wesołe dziewczynki, Jay krzątała się przy kuchni.
- Dzień dobry. - powiedziałam nieśmiało. Wszyscy momentalnie na nas spojrzeli.
- Witaj Słońce! - dziwnie słyszeć taką rzecz padającą z ust kobiety, która pała nienawiścią do twojej rodziny. - Siadajcie. Zaraz podam śniadanie.
Najpierw jednak przywitaliśmy się z dziewczynkami. Ciepło nas przyjęły, lepiej niż ich matka na początku. Usiedliśmy na wolnych miejscach, akurat na przeciwko Louisa i jednej z bliźniaczek. Podano do stołu. Lou i ja co chwila wymienialiśmy spojrzenia i uśmiechy. Tak samo ta para siedząca koło nas. Jakie to słodkie. Wygladali prawie jak my te kilkanaście lat wcześniej. Wracając do mnie, nagle poczułam jak ktoś smyra mnie po stopie. Spojrzałam na Lou, gapił się w swój talerz i udawał, że nic się nie dzieje. Uśmiechnęłam się szyderczo i przejęłam inicjatywę. Powoli przesunęłam swoją stopą po jego, dalej w górę jego nogi. Teraz to się na mnie spojrzał. Złapaliśmy kontakt wzrokowy, którego żadne z nas nie chciało przerwać. Przeszedł po jego ciele dreszcz. Siedzieliśmy dość blisko siebie tak, że gdybym wyprostowałam nogę mogłabym postawić ją na jego krześle. Prawdę mówiąc, wykorzystałam tą możliwość. On wsunął się bardziej z krzesłem, tak więc dał mi większe pole do popisu. Delikatnie przesunęłam stopę po jego piszczelu, dalej kolano, udo. Na jego twarzy dalej pozostawał taki sam niewinny trochę uśmiech. W końcu dojechałam do punktu, gdzie jego mina zmieniła się - położyłam stopę na jego kroczu. Przygryzł delikatkie dolną wargę. Chwycił moją stopę i odsunął lekko.
'Chcesz żebym dostał orgazmu przy dzieciach?!' taki tekst ewidentnie był wymalowany na jego twarzy, co mnie trochę rozbawiło. Oczywiście po tym 'wyznaniu' zakończyliśmy zabawę pod stołem. Szybko też skończyliśmy śniadanie. Zaoferowałam się, że pomogę w przygotowaniach do kolacji, ale Jay podziękowała, powiedziała, że jestem tu gościem i wysłała mnie, Jasona i Louisa na spacer. Musiało to dziwnie wyglądać. Dwójka młodych ludzi i 5 letnie dziecko.. Poszliśmy do parku, ulepiliśmy bałwana, potem zaczęliśmy obrzucać się śnieżkami. Ja i Jason kontra Louis. Oczywiście On nie miał z nami szans. Po jakichś 10 minutach się poddał. Chciałam do niego podejść, ale poślizgnęłam się i wpadłam na niego. Wylądowaliśmy na śniegu, znaczy się On, bo ja leżałam na nim. Zaczęliśmy się śmiać, ale spojrzeliśmy sobie w oczy i już nie było nam tak do śmiechu. Położył dłoń na moim karku i przyciągnął mnie do siebie. Czułam jego ciepły oddech na moich ustach.
- Mamo! - tę idealną chwilę przerwał nam mój kochany syn, który do nas podbiegł - Nic Ci nie jest?
- Nic Słońce. Upadliśmy na śnieg. - szybko podniosłam się i pomogłam Lou stanąć na nogi.
- Chodźcie, robi się już późno, a musimy się jeszcze przygotować do wigilii. - w głosie Louisa wyczułam mały smutek. Chwyciłam jego dłoń, splatając moje palce z jego. Rozchmurzył się, widok jego zadowolonego powodował, że robiło mi się cieplej na sercu.
Wróciliśmy do domu, a tam jak w ulu. Dziewczynki przygotowywały stół i w ogóle cały pokój, Jay dalej krzątała się w kuchni, przyjechała już część rodziny Louisa, tak więc zrobiło się trochę tłoczno. Z tego powodu przeniesiono nas do pokoju Lou. Mnie tam to odpowiadało. Zaczęliśmy się szykować do kolacji. Dość sprawnie nam to poszło. Jasona ubrałam tradycyjnie w jego odświętny garnitur, ja zaś miałam na sobie czarną elegancką sukienkę.
O godzinie 20 wszyscy zgromadziliśmy się w salonie przy ogromnym, pięknie przybranym stole. Razem z Jasonem dostaliśmy miejsce koło Louisa, chyba dlatego, że tak na prawdę tylko jego znaliśmy. Podzieliliśmy się opłatkiem, złożyliśmy życzenia.. Dziwnie i trochę głupio się czułam, bo nie wiedziałam tak na prawdę, co mam mówić do tych wszystkich ludzi. Oni z resztą też nie wiedzieli, więc wszystko kończyło się na 'Zdrowych, spokojnych i wesołych Świąt oraz wszystkiego najlepszego w Nowym Roku'. Taa... Opanowałam ten tekst do perfekcji. W spokoju zjedliśmy kolację. Po niej dopiero się zaczęło. Dziewczynki zaczęły rozdawać prezenty, Louis co chwila wychodził by odebrać telefon z życzeniami, zrobiło się gwarno od rozmów. Tylko my z Jasonem siedzieliśmy w miarę cicho, chociaż i On został wciągnięty w rozdawanie prezentów. Tak więc zostałam sama. Zaczęłam bawić się winem w kieliszku, gdy koło mnie usiadła Jay.
- Jak się Wam układa z Louisem? - tym pytaniem mnie zaszokowała.
- Yyy.. My jesteśmy przyjaciółmi, tak mi się zdaje.. - mówiłam to bardzo niepewnie.
- Nie udawaj - zaśmiała się - Przecież widzę, jak na siebie patrzycie, uśmiechacie się. Myślisz,że nie zauważyłam tego, co robiliście rano przy śniadaniu? - dalej się uśmiechała, a ja na to wspomnienie zrobiłam się chyba czerwona ze wstydu. Zaśmiałam się nerwowo.
- Too naprawdę było tak widoczne?
- Dziecko, ja też umiem czytać z twarzy mojego syna. - położyła dłoń na moim ramieniu - Ale pamiętaj. Nie chcę byś Go znów skrzywdziła. - powiedziała to surowym głosem, z poważną miną.
- Mary, mogę Cię na chwilę prosić? - na moim drugim ramieniu poczułam dłoń Louisa. Odetchnęłam z ulgą, że odciągnie mnie od swojej matki. Szybko wstałam i udałam się za nim do przedpokoju.
- Mam coś dla Ciebie. - powiedział i podał mi średniej wielkości płaskie pudełko, pięknie zapakowane.
- Nie musiałeś, z resztą umówiliśmy się, że prezenty damy sobie w Londynie...
- Ale ten jest wyjątkowy i musiałem go dać Ci dziś. Rozpakuj.
Spojrzałam na niego. Był bardzo podekscytowany. Rozwiązałam wstążkę, ściągnęłam papier i otworzyłam wieko pudełka.
- Jest.... Przepiękny. - w środku był naszyjnik. - Dziękuję - rzuciłam mu się na szyję.
- Daj, pomogę Ci go zapiąć. - wyjął naszyjnik z pudełka i założył mi go. Był cudowny.
- Ale wiesz, że ja nic tu dla Ciebie nie mam.
- Masz jedną rzecz. - objął mnie w talii. - Spojrz w górę.
Centralnie nad nami wisiała jemioła. Spojrzałam Louisowi w oczy. 'Kocham Cię' tak, właśnie to mówiły. Bez zastaniwienia pocałowałam go. Momentalnie krew zaczęła mi szybciej płynąć, serce mocniej bić. Jeśli takie rzeczy odczuwa się będąc z ukochaną osobą, to Louis chyba właśnie nią jest.
- Mary, kocham Cię - wyszeptał mi w usta.
- Ja też Cię kocham Lou - szepnęłam i znów złączyliśmy się w pocałunku.
- Louis, kochanie.. - do przedpokoju weszła jego matka, przestaliśmy się całować, ale dalej patrzyliśmy sobie w oczy - Chodźcie, zaraz będzie tort.
Tak więc jak na razie Mary jest z Lou. Nie mam tu tej ankiety, ale po części chyba tekst się z nią zgadza. Piszcie swoje uwagi w komentarzach. Dziękuję za uwagę xx

2 komentarze:

  1. Eh, moja intuicja mnie zawiodła:(
    no, ale zaczyna się wątek Mary-Lou:d
    Opcję 'dzień - noc " wprowadzisz?:p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jak na razir opcja dzien-noc bedzie.. Ale do czasu.. No i ta intuicja... Moze jednak cie nie zawiedzie :) na razie wiecej nie zdradze :D xx

      Usuń