czwartek, 31 maja 2012

Rozdział 16

- Louis!
Usłyszeliśmy krzyki Liama. Spojrzeliśmy po sobie i pobiegliśmy na górę. W drzwiach do pokoju Louisa stał Zayn. Mówił, a raczek krzyczał do telefonu.
- Tak! Proszę przyjechać jak najszybciej. Nie wiem co i ile tego wziął! Błagam, bądźcie tu jak najszybciej!
Podeszłam do niego. Spojrzałam w jego ciemne, przerażone oczy patrzące w głąb pokoju. Skierowałam swój wzrok w tę samą stronę. Louis leżał nie przytomny na podłodze, na prawym nadgarstku miał kilka cięć, z których obficie sączyła się krew. Liam siedział pochylony nad nim. Próbował zatamować krwawienie, jednocześnie starając się go ocucić.
- Louis! Otwórz oczy! Błagam! Powiedz coś! - krzyczał.
Uklęknęłam koło niego.
- Co on najlepszego zrobił?
- Połknął chyba całe to opakowanie - wskazał na małe (ok. 40 pastylek) pudełko po tabletkach - i popił to wódką. Potem musiał się czymś pociąć i stracił przytomność. Przybiegłem tu chwilę po tym, jak upadł, bo zaniepokoiły mnie odgłosy z jego pokoju.
Patrzyłam na twarz Louisa. Był blady. Nie mogłam powstrzymać łez.
- Boże, to przeze mnie! Dlaczego?!
Usłyszeliśmy sygnał karetki na końcu ulicy. Zayn zbiegł na dół by otworzyć drzwi.
- Co jest, kurwa? - z dołu słychać było krzyk zdezorientowanego Harrego. Ratownicy pokierowani przez Zayna weszli na górę. Kazali nam się odsunąć. Sprawdzili Louisowi tętno, podstawowe odruchy, po czym położyli go na noszach.
- Mogę jechać z Wami? - spytałam niepewnie.
- A kim Pani jest dla niego?
Szybko spojrzałam na Nialla. Pokiwał głową bym to powiedziała.
- Jego dziewczyną.
- To proszę z nami. - zeszli na dół, a ja za nimi.
- Pojedziemy za Wami. - powiedział Liam, gdy wsadzali Lou do karetki.
- Trzymaj się - szepnął do mnie jeszcze Niall, po czym wsiadłam do pojazdu i odjechaliśmy na sygnale.

Znowu kolejny dzień pod rząd spędzam w szpitalu. Louis miał płukanie żołądka i ogólną jakąś detoksykację. Udało im się też zatamować potężne krwawienie z nadgarstka. Podobno przecią żyłę, czy tętnicę.. Nie słuchałam dokładnie. Stałam obrócona twarzą do ściany. Niewiele do mnie docierało. W głowie ciągle miałam naszą kłótnię, widok jego całego we krwi, krzyki chłopaków... Leżał teraz pod kroplówką, dalej nieprzytomny, nie wiadomo kiedy się wybudzi. Podobna sytuacja dwa piętra wyżej, gdzie leży Jason.
Miałam tego dość, a telefon, który właśnie dostałam nie ułatwił mi życia.

- Halo?
- Pani Mary Colins?
- Tak.
- Aspirant John Redford. Czy znała Pani Paco Rodrigueza?
- Tak. To znaczy, jak to - znałam? Coś się stało?
- Przykro mi, ale Pan Rodriguez.. nie żyje. Został dziś potrącony przez autobus. Zginął na miejscu. Dzwonimy właśnie po jego znajomych i rodzinie by o tym poinformować.
- Emm.. Dziękuję za wiadomość. - głos totalnie mi się złamał. Łzy leciały strużkami po policzkach.
- Bardzo mi przykro. - rozłączył się.
Oparłam się plecami o ścianę i osunęłam się po niej na ziemię. Dlaczego moje życie jest takie skomplikowane? Dlaczego ja? Dlaczego?!
- Mary! - Sam właśnie przyjechała. Podbiegła do mnie i uklęknęła przede mną. - Mary! Paco..
- Nie żyje. Wiem - szlochałam.
- Byłam na komisariacie i dali mi to.. Dla Ciebie - podała mi czarną torbę. Jego torbę. Zostawiła mnie z nią samą. Poszła zobaczyć co z Louisem. Zajrzałam do środka. Był tam miś, zapewne dla Jasona, przy nim list, portfel, telefon, jakaś książka, trochę papierów, dokumenty...
Postanowiłam otworzyć list.

Cześć Jason! Pewnie mama da Ci ten list za jakiś czas. Nie wiem czy będziemy się widywać czy też nie. To zależy od niej :) Chciałem Ci tylko powiedzieć, że chociaż znam Cię dopiero jeden dzień to kocham Cię całym sercem. Mama nic mi o Tobie nie powiedziała. Odnalazłem ją po latach, bo dopiero wtedy dojrzałem do tego by zrozumieć, że kocham ją najmocniej na świecie. Pomimo tego wszystkiego co spotkało nas oboje. Wierzę, że wybaczy mi kiedyś. Pamiętaj mały, opiekuj się mamą. Kocham Was oboje. Tata Paco

Złożyłam list z powrotem i włożyłam do koperty. Kochał mnie. Zawsze mnie kochał. Tak jak Louis. Od dziecka. Teraz jeden przeze mnie leżał nieprzytomny po próbie samobójczej, drugi zginął przypadkowo na ulicy. Ciąży nade mną jakieś fatum...
Zajrzałam do książki. Oczywiście była po hiszpańsku. W środku były nasze zdjęcia z dzieciństwa i jego teraźniejsze. Uśmiechałam się przez łzy na widok jego wesołego wyrazu twarzy.
W portfelu miał trochę pieniędzy i też kilka zdjęć. Głównie moje. Kiedyś weszliśmy do takiego automatu co robił serię zdjęć. Właśnie te zdjęcia tu miał. Nasze młodzieńcze wygłupy... Już ich nie będzie. Nie dowiem się, jak bardzo mnie kochał, jak mógł pokochać Jasona.
Wzięłam do ręki jeden dokument. Znów ogarnęła mnie fala rozpaczy. Skąd On miał.... Akt zgonu i testament.. Mojego ojca.. Zrobiło mi się słabo przez chwilę. Podpierając się na stojącym obok mnie krześle wstałam, otworzyłam szeroko okno i zaczerpnęłam zimnego powietrza. Trochę mi przeszło. Przymknęłam okno i usiadłam na krześle. Zaczęłam pobieżnie przeglądać wszystkie papiery, jakie były w torbie. Dostał to listem poleconym. Miał mi to osobiście przekazać. Musieli mieć ze sobą jakiś kontakt. Wracając do dokunentów. Z nich wynikało, iż mój ojciec zmarł niecałe 2 miesiące temu i wszystko przepisał nie swojej nowej żonie ani jej dzieciom, nie mojej mamie, tylko... mnie: dom, w którym mieszkałam w Hiszpanii, udziały w jego firmie, ze dwa samochody, oszczędności i wiele innych.  Wszystko warte bagatela 50 milionów euro! Podpis na dole testamentu: 'Zostawiam Ci to jako wynagrodzenie tych wszystkich lat, które Ci zniszczyłem. Pamiętaj, że zawsze Cię kochałem i będę kochał. Tata.'
Tego dla mnie było za wiele. Spakowałam wszystko z powrotem do torby, przewiesiłam ją przez ramię. Poszłam jeszcze zobaczyć się z małym. Nie wiedziałam, kiedy znów go zobaczę. Potrzebowałam się od tego wszystkiego odciąć, przemyśleć na spokojnie swoje życie. Zostawiłam mu misia od Paco oraz karteczkę, że jest to prezent od jego ojca i że niedługo do niego przyjdę. Potem wymknęłam się ze szpitala, by reszta mnie nie zobaczyła. Pojechałam do domu. Spakowałam do dużej torby ciuchy, jakieś najpotrzebniejsze rzeczy, wszystkie oszczędności, jakie miałam przy sobie. Zamówiłam taksówkę. Wahałam się, czy zostawić jakąś wiadomość. W końcu nie zrobiłam tego. Zeszłam na dół. Wsiadłam do taksówki i odjechałam. Bez pożegnania, po cichu...

Nie wiem jak to wyszło. Czy dobrze czy źle. Głównie chodziło mi o to by ona właśnie wyjechała. A to co było przyczyną to jakoś samo tak przychodziło (no oprócz tego autobusu bo on był już ustalony). Przepraszam za literówki, błędy ortograficzne i takie tam. Nie znam się na tym poza tym program w którym to piszę wszystko nie koryguje mi błędów. Dziękuję za liczne przybycia i do następnego xx

4 komentarze:

  1. dawaj następnyyyyyyyyyyyyyyy!!!!!!!!!!!!!! uwielbiam twoje opowiadania !!!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. wiedze mój pomysł z tym pocięciem xd.
    I noo ciekawie sięę robii ;D Niecj Mary bd z Lou!! :))))))))) Ploosieee :)
    Cekam na next.
    Blog baaardzo faaajny )
    -Iza. xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzis dodam imagina jeszcze a potem biore sie za pisanie kolejnego rozdzialu. I bedzie na prawde ciekawie xD

      Usuń
  3. Świetne:)Już nie mogę się doczakać kolejnych rozdziałów :D

    OdpowiedzUsuń